thea blog

    Twój nowy blog

    Oznaki życia.

    1 komentarz

    Blog listownie twierdzi, że tęskni za moimi wpisami, co być może oznacza, że jeśli czegoś nie wrzucę, to do widzenia. I chociaż się zastanawiam czasem – kiedy o tym pamiętam – czy nie skasować bloga, to nie jestem jeszcze gotowa, żeby ktoś to zrobił za mnie.

    Oszukańcza notka symulująca oznaki życia.

    I że teraz będzie nieco przedawnione – w końcu to nie dziennik.

    Chcę sobie zanotować, że:
    - bardzo się ucieszyłam, kiedy ACTA w końcu przepadła w głosowaniu Komisji Europejskiej. Tak, wiem, będą inne durne pomysły, ale ten bardzo mi leżał na wątrobie. Nie zamierzam też zapomnieć wielotysięczych zimowych demonstracji przeciw acta i tego, jak potraktował nas [w sensie: społeczeństwo] pan Premier. Gdyż był to program z cyklu „jak skutecznie stracić głosy wyborców”.

    - Euro 2012, czyli piłka nożna, która mnie szczerze mówiąc interesuje bardzo średnio – ale jak się okazało interesuje dużo bardziej, kiedy grają mi tuż pod nosem. Uważam, że bardzo dobrze to wszystko wyszło – przynajmniej jeśli chodzi o Warszawę, gdzie indziej nie byłam. Ludzie najpierw narzekali, że strefa kibica w Centrum, ale przecież ten kawałek Marszałkowskiej i tak był wycięty z ruchu [i ciągle JEST], bo budowa metra, a dojazd do strefy był wygodny. Sama impreza była bardzo optymistyczna, bardzo biało-czerwona, nastrój mi się udzielił i obejrzałam nawet jakieś mecze! Poza tym nie mam pojęcia czy jesteśmy z tej okazji bardzo zadłużeni i miasto będzie sprzedawać krew żeby się utrzymać na powierzchni, więc nic nie mąci mych pięknych wspomnień ;)

    - Dziś nasz sejm uwalił ustawę o związkach partnerskich, nie chciał o niej nawet debatować. Człowiek ma chęć wstać, potrząsnąć nimi i przypomnieć, że mieszkamy w Europie i mamy XXI wiek…

    Poza tym nic szczególnego się nie dzieje, są wakacje ale pogoda jest dziwna, głównie zimno i pada a czasem upalnie, nie zachęca szczególnie do wyjazdów… ale Paweł i dzieci pojechali w końcu na trochę do rodziny.

    Ja: och, jaki absolutnie przepiękny księżyc! Muszę spróbować zrobić mu zdjęcie, nawet jeśli mój aparat to złom! [biorę aparat i wybiegam na balkon w ziąb]
    Księżyc: och, jaka absolutnie przepiękna chmura! Matka wszystkich cumulonimbusów!  Otulę nią mą łysą głowę, będzie niezwykle wręcz przytulnie!
    Ja: [mamrotliwie] wszystkie kozy na mnie skaczą….

    W końcu wymieniliśmy drzwi wejściowe – są teraz ładniejsze, oraz zamiast dwóch – tylko jedne. Niemniej wymieniając drzwi wymienia się ościeżnicę, panowie wyrównali te dziury przy nowych drzwiach, ale niestety ściana na klatece jest krzywa, a drzwi proste, więc efekt nie spełnił oczekiwań [mogłabym nawet napisać, że był taki bardziej komiczny]. Paweł zajął się dziurą po drzwiach wewnętrznych [znaczy po futrynie] u nas w domu, ja wyrównywaniem ściany na klatce.

    Dzięki czemu zobaczyłam tylu sąsiadów w ciągu paru dni, co przez cały poprzedni rok niemalże.

    Poza wymianą „dzień dobry” oraz jednym „poznajmy się” dostałam też parę komentarzy na temat tego co robiłam, i tak [te, które pamiętam]:
    - pani koło sześćdziesiątki: pani jest samodzielna dziewczyna, to tak jak ja!
    - laska w wieku koło mojego – zazdroszę umiejętności
    - sąsiad starszy pan: idąc na górę – myślałem, ze to jakiś chłopiec [akurat byłam w kapturze] a idąc na dół jakiś czas później „o, tu jest dziura i trzeba dołożyć” [czym mnie wkurzył, bo praca w toku przecież][ale nei zagryzłam go na miejscu, byłam grzeczna]
    - inny sąsiad starszy pan: najpierw skomentował, że gorąco dziś na taką pracę, ale potem wracając spytał „a gdzie są mężczyźni?” na co ja odpowiedziałam, że ja LUBIĘ to robić. Być może powinnam powiedzieć „w pracy”, no nie wiem…

    Fajne, nie? :)

    W zasadzie to nie pamiętam lata tak deszczowego – i co prawda blog piszę między innymi dlatego, że memoria fragilis, ale żeby padało co dzień przez dwa tygodnie, a poza tym prawie co dzień? Nie, tak jeszcze nie było.

    Najpierw śpiewałam sobie te piosenkę Czerwonych Gitar, potem miałam wrażenie, że nawet ubranie, które mam na sobie zaczyna ociekać wodą, a potem przez kilka dni czułam się jak na Mazurach, [drzewa szumią, ptaki śpiewają i jest mokro, mokro, mokro.] Jedno z silniejszych mazurskich wspomnień to wszyscy w sztormiakach, buty
    przemoczone na wylot, cumujemy.

    Chociaż kiedy ostatnio byłam na Mazurach [3 dni w czerwcu] pogoda była niezwykle wręcz słoneczna. Tak słoneczna, że spaliłam sobie ręce na spływie kajakowym – miałam plan, żeby na spływ pojechać w bluzce z dlugim rękawem, ale upał był taki, że długi rękaw mnie przerósł i założyłam coś w ogóle bez rękawów, za to będąc zasiedziałym w chałupie mieszczuchem zapomniałam użyć kremu z filtrem. Do tego stopnia, że o istnieniu kremów z filtrem przypomniałam sobie kiedy wiosło chlapnęło w wodę. No dobra, za dużo o tym gadam, ale moje ręce miały dziwny kolor przez MIESIĄC i wciąż jeszcze nie do końca doszły do siebie. Poza tym spływ był super, trasa była piekna i nawiosłowałam się niewąsko, bo w kajaku byłam z dzieckiem. Najpierw z Kubą, ale po jakimś kilometrze zamieniłam się na dzieci z Pawłem – okazało się bowiem, że Kuba to leń patentowany a ja jakoś nie czułam się na siłach by pchać kolubryniasty kajak jeszcze kilka kilometrów SAMA. Mikołaj, chociaż oczywiście odpoczywał dość często, był jednak znaczącą pomocą.

    Wilgotna pogoda jest całkiem dobra do kończenia ścian w przedpokoju, bo co prawda schnie dłużej, ale kiedy człowiek ściera, to kurzy się jakby mniej i zamiast ogromnej chmury mikroskopijnego pyłu po mieszkaniu lata mniejsza chmura cięższych kulek. Paweł miał dwa tygodnie urlopu i w tym czasie znacząco wpłynął na stan ścian. Istnieje pewna szansa, że dokończymy remont w te wakacje.

    Istniała pewna szansa, że sie już nie odezwę tu więcej – żyjąc w błogim przekonaniu, że czytają mnie te trzy osoby, o których wiem i może jakieś dwie, które się nigdy nie odzywają, wpadłam w lekki szok, kiedy zobaczyłam pod tą notką o klipsie ponad sto komentarzy, i co prawda 60 z nich to był jakiś kopnięty spamer, ale po usunięciu go ciągle została masa ludzi. Swiadomość, że to jest popularność niezwykle chwilowa, bo ktoś pewnie wszedł tu przypadkiem i potem gdzieś tę notkę zalinkował i dlatego ludzie przyszli przeczytać, nie pomogła mi wcale. Pewnego dnia bowiem odkryłam, że cała masa ludzi czytuje całą masę innych ludzi po to wyłącznie, by nad nimi wydziwiać i się z wyższością uśmiechać, i poczułam się jak wymarzony środek tarczy, i że być może jednak zagląda tu więcej niż te pięć wspomnianych na początku osób i to wcale nie po to, żeby przesłać dobrą energię.

    Ostatnio jednak doszłam do wniosku, że w gruncie rzeczy mam to w nosie. Pod poprzednia notką zasiadł troll, pomimo, że nie odzywałam się trzy miesiące, z czego wynika, że nie muszę nawet nic pisać, żeby pozostawać w niewdzęcznej pamięci.

    Równie dobrze mogę więc dalej rzucać butelki w ocean i szukać swojego plemienia :)

    Co tu wchodzę, żeby machnąć może nową notke, to potykam się o panów ochroniarzy i nastrój mi gwałtownie siada, muszę więc sobie napisać jakiś przerywnik, żeby to na niego wpadać jakby co.

    W formie przerywnika mogą wystąpić np. teściowie – otóż teść zadzwonił do Pawła wczoraj z rana z pretensją, że Paweł nic a nic do nich nie dzwoni, a tu mama się denerwuje. No wiec Paweł, jak go już szturchnięto, oddwonił grzecznie do swojej rodzicielki i porozmawiał, między innymi np. o tym, że jego siostra z rodziną prawdopodobnie przeprowadzi się do RPA [w sumie interesująca wiadomość]. Po czym pod koniec rozmowy mówi do swej matki, żeby przecież dzwoniła, jak chce porozmawiać, na co ona, że jej NIE WYPADA.

    No i co tej całej sytuacji pomyślę, to ogarnia mnie szatański chichocik.

    Klips.

    52 komentarzy

    Dziś na bramce zapiszczeć może prawie wszystko – pamiętam jak kiedyś się zdziwiłam, kiedy znalazłam metalowy drucik wklejony w środek książki, ale potem przebiła to czekolada. W droższe rzeczy wpinają i wklejają po kilka zabezpieczeń, a potem czasem nie są tak do końca usunięte i człowiek znienacka piszczy, niekoniecznie w sklepie w którym daną rzecz zakupił.

    Bluza Kuby wcale nie piszczała, więc wstyd się przyznać, to, że ciągle ma wpięty w szew boczny mały plastikowy klips zorientowałam sie dopiero po praniu. I to wcale nie jestem pewna czy po pierwszym – bluza ma ponad dwa lata, w międzyczasie Kuba z niej wyrósł – tak to się zbierałam, bo Kuba nie narzekał i ciągle zapominałam – do tesco, w którym bluzę kupiłam. Ale wczoraj wyciągnęłam ją z szuflady jako bluzę dla Mikołaja, do tesco akurat szliśmy, więc na miejscu pierwsze co zrobiłam to spytałam w informacji, kto może usunąć klips z bluzy kupionej kiedyś u nich. Pani powiedziała, że ochrona, poszłam wiec do pana z ochrony, powiedziałam, że oto dziecko moje ma starą bluzę z ichniejszym klipsem [zresztą na sobie], po czym spotkało mnie coś dziwnego.
    Po pierwsze pan jakoś dziwnie na mnie popatrzył, po czym powiedział, żebym weszła do ich pokoju, weszłam, czekam, pan gdzieś dzwoni, bo „mamy tu bluzę z naszym klipsem”, pojawia się kolejny ochroniarz i kolejny, pan dotyka kaptura bluzy i mówi, że co, dawno kupiona, a jemu się wydaje nowa. I mam tu czekać aż przyjdzie ktoś z tekstylnego i potwierdzi, że nie jest to obecna kolekcja. W związku z tym że wszystko się przedłuża, mówie, że ja to nie mam tyle czasu na czekanie i pójdę sobie soczewki kupić i zaraz wrócę, ale okazuje sie, że nie mogę wyjść z pokoju -  jeden z panów zastawia sobą drzwi a kiedy próbuję go ominąć praktycznie WPYCHA mnie z powrotem.
    I w związku z tym, że nie mam wyjścia, to MUSZĘ czekać aż przyjdzie panna z tekstylnego i powie, że nie mają w tym roku takiej bluzy.

    Powiem szczerze, dawno nie osiągnęłam takiego poziomu wkurwu.

    Nie był to pierwszy raz, kiedy coś „z zabezpieczeniem” nie zostało do końca rozbezpieczone i nie po raz pierwszy wracałam do sklepu – nie tego sklepu – [kiedyś np. z prośbą, żeby np. przeszukano mi spodnie, bo piszczę na przejściach, a to jedyna NOWA rzecz jaką mam na sobie] – po raz pierwszy natomiast potraktowano mnie jak złodzieja, i w dodatku użyto wobec mnie przemocy. A co gdybym ich bluzę kupiła tydzień temu, a już nie miała paragonu? Zresztą tak naprawdę mogłam ją przecież rąbnąć i te dwa lata temu, nieprawdaż, tylko się tak sprytnie przyczaiłam.

    Wkurza mnie też, że nie mam pojęcia, czy ochroniarze w tesco mogą mnie tak sobie, ot, przetrzymywać w swojej kanciapie wbrew mojej woli i kompletnie bezpodstawnie, bo na  niczym mnie przecież nie złapali, poza tym, że jak idiotka poprosiłam, żeby odpięli mi klips z bluzy dziecka. I nie wychodziłam ze sklepu, tylko wchodziłam. Zgodnie z taką logiką każdy kto ma na sobie jakikolwiek produkt zakupiony w danym miejscu jest potencjalnym złodziejem.

    Przyznaję się, że jako osoba praktyczna mimo wszystko zrobiłam zakupy, skoro już byłam na miejscu, ale akcja panów ochroniarzy sprawiła, że kupiłam to, co naprawdę było mi potrzebne i wydałam dwie stówy, podczas kiedy normalnie w sytuacji „lodówka kompletnie pusta” tak jak wczoraj, wydajemy trzy razy tyle. Oraz przypomniało mi się, że w okolicy są też inne duże sklepy z dobrym dojazdem.

    Z jednej strony mam ochotę rzucić grubszym słowem, z drugiej rączki mi kompletnie opadły.

    Po pierwsze Święta. Wigilia [u mojej mamy] była miła. Wigilię mamy raczej świecką i niespecjanie naładowaną jedzeniem – zmarnowało by się w naszej krainie niejadków. Dzieci były grzeczne, mój piernik marchewkowy bardzo sie udał, najadłam sie kapusty z grzybami [uwielbiam kapustę z grzybami, ale poza wigilią jej nie jem, bo tak naprawdę mój żołądek ma na jej temat inne zdanie niż podniebienie]. Daliśmy mamie świetny prezent – książkę o czekoladzie bardzo grubą i ładnie wydaną. W dugi dzień świąt też byliśmy u mamy, na obiedzie, tym razem dzieci naciągnęły nas na jakiś film w tv, też było miło.

    Zupełnie super natomiast był sam koniec roku, ponieważ byłam na imprezie. Co prawda między świętami a sylwestrem złapałam dołek i byłam cała w trybie „jestem stara nudna zmęczona itede itepe nie chcę iść do żadnych ludzi tylko się zaszyć w piwnicy” ale potem jakoś nagle oddawaliśmy dzieci mamie, w panice przeszukiwałam ciuchy i biegliśmy do autobusu, sama nie jestem pewna JAK. I bardzo dobrze sie bawiłam, bo po pierwsze wytańczyłam się jak niewiemco, po drugie nie wdawałam sie w głębsze konwersacje – ani w prawie żadne konwersacje, ale i tak czułam się towarzysko, dali pysznie jeść [ktoś nawet upiekł na miejscu muffinki!] i piłam pyszną wiśniówkę, prosto ze słoika z wiśniami – no, nalewaną do szklaneczek prosto ze słoika ;) O północy oglądaliśmy fajerwerki nad dachami – a było co oglądać! To jest właśnie przewaga osiedla mieszkaniowego nad tym nudnym, starym, w sensie dosłownym STARYM Mokotowem, gdzie w sylwestra poza nami może jeszcze jedna jakaś grupka szła odpalać rakiety, a poza tym nuda panie. Dzieci też miały świetny pokaz na Targówku. Szkoda tylko, że nie wszyscy wiedzą, że po pokazie należy posprzątać swoje śmieci… hm, do clue – bardzo miły Nowego Roku początek.

    To był jeden z tych związków głównie na  odległość – spotkali sie w internecie, odwiedzali czasem. Sytuacja, którą opisuję zdarzyła się, kiedy ona była u niego. Któregoś dnia mieli do nich wpaść znajomi – ona proponowała, żeby się z gośćmi spotkać wcześniej na mieście, jemu się pomysł nie podobał. Przed wizytą pojechali na zakupy, i nagle zadzwonili do nich ci znajomi i okazało się, że też woleliby się spotać wcześniej i pojechać na miejsce razem.

    Przecież mówiłam, że tak będzie – powiedziała ona [ponoć wcale nie złośliwie], a on się obrazil. A nawet – poczuł sie obrażony. Powiedział, że nie ma z nią ochoty rozmawiać w najbliższym czasie, ona się wkurzyła, on się oddalił na zakupy, które następnie zabrał do domu, zostawiając ją w centrum handlowym. Samą. W mieście, którego nie znała, w kraju, którego językiem nie mówiła.
    Po wszystkim bardzo był zdziwiony, że ona z nim zrywa. Bo nic takiego się przecież nie stało, przecież jakoś dotarłaś do domu!

    Tu czytelnicy mogą domyślić się, że zdarzenie powyżej było tą ostatnią kroplą. „Był jak delikatny kwiat, na który nadepnęłam zbyt wiele razy” – powiedziała z przekąsem moja kumpela.

    A mnie tylko zadziwia, że istnieją faceci, którym się zdaje, że mogą kobietę traktować w sposób dowolny, a ona dalej będzie ich lubić tak samo. Zadziwia mnie, chociaż wiem, że imię ich Legion.


    • RSS