![]() |
| woman that missed the train |
|
* kampanie * dilbert garfield :) order.of.the.stick user friendly * dictionary kopaliński słownik wikipedia * jazda! warszawa stara warszawa * csw etnograficzne narodowe techniki zachęta * kkkk merlin świat książki zysk * movie trailers music videos puzzle sztuka * jeść jeść jeść jeść * akwarium akwarium FAQ |
Spadek Na początku grudnia umówiłam się w końcu z mamą i bratem i podzieliliśmy spadek. Sprawa była we wrześniu, ale jako że to mama założyła sprawę, bo nie chciała się dzielić - a my jako dobre dzieci, nawet jeśli poirytowane podejściem, stwierdziliśmy że w nosie mamy taki spadek, aż się rypło o MOJE dzieci - to wcale się nie upominałam o podział i ignorowałam to trochę, więc mama sama nas musiała ścignąć. Podzieliliśmy kasę, zliczyliśmy obligacje i fundusze, mama dała nam kasę za samochód [samochód stary to i kasa w typie "do ręki"] no i mam też 9 metrów mieszkania, i powiem tak, mieszkanie mnie dręczy w sensie podatkowym, bo generalnie spadek jest wolny od podatku, ale mieszkanie tylko jeśli się tam mieszka 5 lat - powiedziało jedno źródło, chociaż ten artykuł mówi, że "albo jest zameldowany", no i problem mój polega na tym, że ja nie posiadam innego mieszkania, jestem tam zameldowana [i jak znam życie to się przez najbliższych 5 lat wcale nie wymelduję], ale tam przecież nie mieszkam, bo weź się wciśnij w cztery osoby na 9 metrów, i teraz się zamartwiam, że mi fiskus każe płacić podatek za kawałek mieszkania którego ani nie mogę użyć ani sprzedać ani nic, wiec piszę tę notkę w nadziei że może ktoś ma jakieś pojęcie na ten temat, bo chciałabym złożyć zeznanie podatkowe-spadkowe do końca stycznia, i najchętniej do tego interesu nie dopłacać :|. A, a jeśli myślicie że dostałam jakiekolwiek przedmioty, które posiadały jakąkolwiek wartość sentymentalną, to - proszę mnie nie rozśmieszać. Chociaż mama nam dała do poczytania różne dokumenty "dziadkowe", których nigdy wcześniej na oczy nie widziałam, ale to temat na osobną notkę. thea 2010-01-15 11:29:31 skomentuj (3) Głupio sie przyznać, ale do żadnego lekarza nie poszłam, mojemu mężowi tydzień[!] zajęło podstemplowanie książeczki ubezpieczeniowej, a potem już prawie były święta, a komu by się w okolicy świąt chcialo zrywać rano po to, żeby się w rejestracji dowiedzieć że jeden lekarz jest chory a dwóch już na urlopie... jakoś w kwestii służby zdrowia nie mam za grosz optymizmu. Co do świąt, to postanowiłam je zignorować na tyle na ile się dało, pozostawiają Pawłowi zakup prezentów dla dzieci i olewając dekorowanie domu - może mnie dzięki temu w przyszłym roku święta bardziej zainteresują, skoro mniej już nie mogą? Poza tym byłam też grzeczna, więc daliśmy się zaprosić mojej mamie na wigilię i drugi dzień świąt, z tym że dla mnie to bardziej jak obiad proszony niż rodzinne święta, bo w żaden sposób nie da się uczestniczyć w przygotowaniu czegokolwiek, jak kiedyś udało mi sie ustalić, że ja zrobię kapustę z grzybami, to ona też miała kapustę [czy trafił mnie wtedy szlag? ależ], nawet ciasto jest trudno przynieść, bo mama ma tego zawsze o wiele za dużo, mimo tego mieliśmy ze sobą paszteciki z pieczarkami, bo to jednak idiotyczne iść z NICZYM, ale ledwie się je udało wcisnąć na stół a część musieliśmy zabrać z powrotem plus oczywiście jakieś ciasta. Generalnie nie zamierzam narzekać, mama gotuje dobrze, dzieci były z wizyt zadowolone. Sylwestra spędziliśmy na oglądaniu filmów oraz tradycyjnie wyszliśmy po północy odpalić te kilka "rakiet", głównie to były fontanny[?] w tym roku. Zabawne jest, ze dzieci o wile wiele bardziej zainteresowane sa odpalaniem własnych, nieważne jak małych rakiet, niż rozglądaniem się i podziwianiem cudzych - a ludzie na naszym osiedlu mieli naprawdę ładne sztuczne ognie. [mieliśmy przez chwilę pomysł pojechać do centrum i oglądać tamtejsze, ale jak przyszło co do czego to nam się nie chciało...]. Pogoda była zabawna w grudniu, bo w świeta i sylwestra prawie nie bylo śniegu, a "dookoła" tych dni - całkiem sporo. Teraz jest masa, świat pieknie wygląda PRZEZ OKNO. Poza tym miła osoba podesłała mi ogłoszenie o pracę, które zaiste wyglądało interesująco i przyjaźnie i miałam czas jakiś przypływ optymizmu, więc napisałam CV [w końcu] a potem próbowałam je wysłać, i tu okazało się że za żadną cholerę nie jestem w stanie sklecić maila, który brzmiałby tak, żeby ktoś wogóle chciał ze mną po przeczytaniu porozmawiać. Nawet w najlepszej wersji miałam "tego nie umiem, a tu nie nie mam doświadczenia", po prostu porażka. Bardzo mnie dobija, że nie umiem wysłać swojego nędznego CV. No i tak to. thea 2010-01-08 15:40:20 skomentuj (7) Nie wiem co napisać. Bo że chiałabym czasem cos napisać, to nie ulega watpliwości - w końcu po to założyłam blog, tak? Żeby sobie pogadać do wszystkich którzy będą mieli ochotę poczytać, tyle że mam ogromny problem, bo pisząc "o różnościach" a nie pisząc o pewnych rzeczach czuję się jak oszust, i co z tego że ludzie wcale nie opisują tu drobiazgowo swojego życia, bo mnie uwiera, że tak naprawdę wcale nie piszę że budzę się zwykle koło 11-12, czasem budzi mnie Mikołaj wracający ze szkoły. Już nie odprowadzam dzieci, Paweł z nimi rano wychodzi i dzięki temu mogę długo spać. Do domu wracają sami - poranna eskorta rodzicielska służy wyłącznie przyspieszeniu procesu, bo chłopaki sami to wlekliby się jak ślimaki - a może i nie, ale lepiej dmuchać ;) W dodatku dzięki temu, że dzieci mi urosły i np. umieją iść do sklepu kupić chleb, mogę nie wychodzić z domu WCALE, np. przez tydzień, nie miałam pojęcia, że tak można, nigdzie nie chodzić i nikogo nie spotykać, spędzać dzień, który się późno zaczyna przed swoim kompem czytając, ogladając seriale, grając w grę. W zasadzie to w odwrotnej kolejności, gra jest najlepsza bo tam można kogoś wirtualnie spotkać i wymienic kilka zdań, pożartować albo włączyć się do jakiejś grupy i bić stwory razem, zabić trochę czasu. [książki mi się osatnio skończyły] . Dzieci wracają ze szkoły i robię im kanapki, próbuję zagonić do lekcji ale czasem oni nie chcą nic robić i udają że mnie nie słyszą, myślą że mnie przeczekają i mają rację, bo nie mam siły stać nad nimi, przecież nie zmusze ich do wzięcia długopisów i podręczników, więc uciekam, bo strasznie mnie to denerwuje i zwijam sie przed swoim komputerem i udaję że świat mnie nie dotyczy. Paweł wraca koło siódmej, robi dzieciom obiad, a potem jest wieczór, potem noc, a ja wiem, że niewazne jak byłam zmęczona czy śpiąca koło północy, to kiedy sie położę zacznę myśleć o czymkolwiek, mniej czy bardziej [nie]poważnym, i nie zasnę przed drugą. Czasem sie buntuję i nie idę do łóżka tylko oglądam seriale, skoro i tak nie zasnę. Wieczorna bezsenność jest męcząca, próbowałam wstawać rano, ale tylko byłam coraz bardziej padnięta, bo w zasypianiu wcześniej wcale mi to nie pomagało, może to ta pora roku, może za miesiąc mi przejdzie... Człowiek sie do wszystkiego przyzwyczaja, nawet do swojego niezycia, czasem myśle, że gruncie rzeczy lepiej mi, kiedy mi gorzej, bo kiedy mam mały przypływ energii i myślę że powinnam coś zmienić to wpadam w panikę, bo wiem, że sobie nie poradzę, w gruncie rzeczy mam przeczucie że już nic się nigdy nie zmieni, ale już zaczęło mi być wszystko jedno. Tylko czasem płaczę. thea 2009-12-11 16:04:28 skomentuj (15) Mój ulubiony obiad to jest garnek warzyw, a może wyglądać różnie, mieć więc tego czy tamtego, albo czegoś nie mieć wcale. Dziś to były dwie cebule, garść żółtej fasolki i marchewka, wrzucam je na olej wcześniej, bo fasolka wymaga wiecej czasu, a w tym czasie tnę na kawałki paprykę: dużą czerwoną, małą zieloną i średnią żółtą. Hmm, lubię ciąć papryke, jest śliczna. No i mam cukinię [ tej porze roku trzeba ją raczej obrać i wyrzucić nasiona]. Dorzucam je do garnka po jakichś 10-15 minutach po wrzuceniu pierwszej partii warzyw, a potem siedzę i pilnuję, żeby nie zapomnieć, bo sie rozgotują, ale znowu się zaczytałam i w końcu nie wiem, ile to już czasu, poza tym i tak nigdy nie wiem ile czasu powinno się to gotować, więc i tak zawsze próbuję. Pod koniec dodaję koncentrat pomidorowy [puryści pewnie wola pomidory, ale ja jestem leniwa], pieprz, chili i imbir, i dwie minuty później mam obiad. Czasem sobie do tego gotuję soczewicę albo fasolę, zależy od tego czy jestem bardziej głodna czy mniej. Ale dziś cały dzień chodzi za mną chęć na "coś słodkiego", najlepiej tort czekoladowy z wiśniami, ale po tort trzeba by jechać, a wcale mi się nie chce, poza tym mogliby wcale go nie mieć, a przecież mogę zrobić ciasto czekoladowe :) Tabliczkę czekolady i 150g masła rozpuścić należy w garnuszku, zestawić z ognia, dodać 300g cukru pudru. Trzy jajka ubić i dobrze z czekoladową masa wymieszać, a na końcu wsypać pół szklanki mąki i łyżeczkę proszku do pieczenia. I posiekane orzechy. Robi się tylko nieco dłużej niż o tym pisze i jest pyszne :) A, piec około 30-40 minut w temperaturze 180 stopni - tak w każdym razie piszą w przepisie, który znalazłam w książeczce " Kulinarna podróż dookoła świata" wycelowanej... w dzieci ;) No dobra, oni piszą "40 minut" ale czasem szybciej się robi, nie mam pojęcia czemu. thea 2009-09-16 19:58:48 skomentuj (6) Kochany pamiętniczku Dziś miałam sprawę w sprawie spadku po tacie - sprawę załozyła mama, bo to ona chciała dostać ten spadek, ja i brat natomiast częściowo mieliśmy to w nosie a częściowo byliśmy zmęczeni naszą mamą, która jak zwykle coś kręciła, i dla świętego spokoju powiedzieliśmy sędziemu że nie chcemy tego spadku. A wtedy on zapytał czy mamy dzieci, i musiałam się przyznać, że mam, a wtedy okazało się, że mam przechlapane :( i że musiałabym iść do sądu rodzinnego żeby zabrać dzieciom prawo do tego spadku. No i się wystraszyłam, że wyjdę na wyrodną matkę i powiedziałam, że jak tak, to ja i brat też chcemy po kawałku spadku, ale że nie chciało nam się do tego zatrudniać komornika dla dobrodziejstwa inwentarza, to muszę się teraz modlić, żeby się z nagła nie okazało, że tatuś po kryjomu zaciągnął gdzieś pożyczkę na milion dolców a potem przehulał, bo wtopa. I jeszcze nam pan sędzia powiedział, że on jest tu od orzekania [w domyśle - a nie doradzania] i nie mam bladego pojęcia co teraz mam z tym całym, a raczej jedną trzecią spadku, zrobić. Czy jest na sali lekarz bo mię głowa rozbolała.... thea 2009-09-03 18:07:49 skomentuj (6) Raz wróbelek elemelek złapał katar i kaszelek - znaczy musze sobie ponarzekać trzochę, jak juz jestem żywsza - umieranie z powodu przeziębienia podczas gdy mamy środek lata [przynajmniej pod względem pogody] jest jakieś absurdalne. Oraz dwie noce pod rząd miałam problem z zaśnięciem z powodu kaszlu [biedny mój mąż].| Pewnie gdybym poszła do lekarza to bym dostała antybiotyk i już bym była zdrowa, ale nie cierpię tej baby. No dobra, koniec marudzenia. Kupiłam dziecku książki do szkoły, jej, już WCZORAJ! Ależ ze mnie rakieta :) Ale dzięki temu, że w ostatniej chwili, to wyszło mi taniej - próbowałam bowiem zamówić je w Merlinie, ale Dwa Tygodonie jako termin dostawy mnie nie bardzo urządzają w momencie kiedy szkoła zaczyna się za tydzień, udałam się więc [w towarzystwie męża, jako że z powodu choroby nie mogłam założyć soczewek a dyżurne okulary okazały się nie działać] do zagłębia podręcznikowego, gdzie z chodnika porwał nas chudy blondyn i zaciągnął do podręcznikowego komisu - książki mniej wiecej po dychu, w bardzo dobrym stanie - znaczy należy pomarudzić "a nie ma pan ładniejszej? a ta ma o tu jakies napisy..." itepe, słowem, należy patrzeć co dają, bo jak kilka kolejnych sklepików pokazało, zwykle na początku próbują wcisnąć te brzydsze [w tym pierwszym nie mieli wszystkiego, oraz nie mieli nic nowego, a ćwiczeń "wypełnionych ołówkiem" nie zamierzaliśmy dziecku kupować ], jakolwiek pan w drugiej księgarence był bardzo miły oraz opuścił nam parę złotych sam z siebie, normalnie kupowanie dziecku podręczników to jest prawdziwa Przygoda [do tej pory zawsze panie zamawiały, no ale w czwartej klasie jest kilku nauczycieli, a nie jeden do wszystkiego] Hmm, to miała być marudna notka tak naprawdę, chwila, przypomnę sobie... o! Wysypali mi wywrotkę piachu tuż za oknem i się kurzy, bo wymieniają nam płytki na podwórku, a nie daję rady siedzieć przy zamkniętym :| A mogliby, zamiast rozwalać całkiem zacne podwórko, pomalować ściany na jakiś JEDEN kolor bo mamy kretyńskie kanarkowe łaty na ... innym odcieniu żółtego, bo jakiś daltonista nie umiał dobrać farby po wymianie kabli. Oraz oczywiście dwa dni temu szaleniec z kosiarką zmaltretował nam trawnik, nie cierpię tych głąbów z kosiarkami :| Poza tym mąż poleciał do Kijowa na dni parę i będę sama sobie spać - ciekawe jak mi pójdzie zasypianie... już mi się nie chce iść do łóżka. A następna notka będzie zupełnie o czymś innym :) thea 2009-08-26 20:09:42 skomentuj (1) Call me crazy... Wszystko przez te nieustające porządki w chałupie - tzn. nie sprzątam bez przerwy, ale co parę dni przenoszę się do jakiejść innej części, oraz pomalowałam sobie przedpokój i bardzo pięknie teraz wygląda, jest jaśniejszy - bo zamiast koloru jasno-smutnego trochę wpadającego w fiolet ma delikatnie-żółty, no i kolor jest wyżej niż poprzednio [było do ramienia, a teraz nad głową], i nie ma paska z tapety między kolorem a białym [pasek był zastany] wiec to też optycznie powiększa. [żeby nie było, sufitu nie malowałam, odkurzyłam go tylko i wystarczyło]. Hmm, no w każdym razie już mam prawie posprzątane, tylko już malowanie na olejno mi zostało, ale jakoś tak czuję pewną nieśmiałość, jeśli chodzi o farbę olejną, więc wczoraj... posprzątałam sobie... klatkę schodową. Call me crazy :] Mieszkamy na parterze, więc to pewnie przez to na ścianach osiada jakaś koszmarna ilość kurzu - a może sobie osiada normalna, ale nigdy tych ścian nikt nie odkurza [np. od stulecia], nie wiem, ale ostanio już mnie zaczął szlag trafiać, bo co wracam do domu to wyskakują na mnie okropnie brudne drzwi do piwnicy, brudne lamperie, no i szaro-czarne smugi kurzu osiadłe na nierównościach pomalowanej na biało górnej połowy ścian. Wzięłam więc drabinę i szczotkę, i zmiotłam cały ten cholerny kurz z białego, poczekałam chwilę aż osiadł, pozamiatałam, a potem umyłam lamperie [spokojnie, tylko obszar od drzwi na klatkę + nasze piętro] i mam na jakiś czas święty spokój - znaczy nie będzie mnie szalg trafiał na widok. Nie żeby ścianom nie przydał się drobny remoncik, ale aż taka szurnięta to ja nie jestem :) Mam jeszcze własne futryny i jedne drzwiczki do malowania na olejno ;) [znaczy nie własne bo wynajmowane, ale wiecie co mam na myśli] Ah, a jak tak latałam z drabiną to sąsiad akurat przechodził i powiedział - jakbym sama nie wiedziała - że to dozorczyni powinna zrobić. Jednakże znudziło mi się czekanie aż zrobi. thea 2009-08-08 11:29:18 skomentuj (4) |
* księga gości * kuba i kola * andy barbarella cichosza cloudy cot dama pik ds dudla dzierzba haniuta idiomka mistle nell nielot odchudza-się od rana do... o naturze skaf snafu stardust szyper vilq zupsko * 2010 styczeń 2009 grudzień wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj |
|